Travelling CEO. Wywiad z Julią Izmałkową – kobietą biznesu, podróżniczką i badaczką międzykulturową.

Określasz siebie mianem Travelling CEO (Chief Executive Officer). Jako podróżująca prezes firmy odbywasz kilkadziesiąt podróży rocznie. Czy policzyłaś ile dni w roku spędzasz za granicą?

Prawie miesiąc byłam w Azji ciurkiem – bez wyjazdu do Polski. W tym czasie byłam w 9 krajach. Po powrocie: myślę, że za granicą byłam co najmniej 2 miesiące – na konferencjach, prezentacjach u klienta i urlopie. Ale nigdy nie dłużej niż 2 tygodnie – więc takich wyjazdów nawet w mojej głowie nie zaliczam jako „nie bycie w Polsce”.

Ile krajów i kontynentów już odwiedziłaś?

Zauważyłam, że tylko turyści robią takie statystyki <śmiech> Ja nie podróżuję, żeby zaliczać, ale żeby być, poznawać, odnajdywać i odnajdywać siebie. Na potrzeby tego tekstu sprawdziłam mojego TripAdvisora, który podlicza mnie na podstawie recenzji i pokazuje, że zwiedziłam ponad 40% świata i ponad 260 miast – więc trochę jeszcze mi zostało. A jeżeli chodzi o kontynenty – to byłam już na wszystkich. Tak – na Antarktydzie też byłam.

Poza wyjazdami służbowymi, kiedy występujesz na międzynarodowych konferencjach, Twoje wyjazdy są często prywatne, w czasie których z laptopem pod parasolem na egzotycznej plaży, zarządzasz swoją firmą. Skąd taki pomysł na życie?

Moje wyjazdy są prawie ZAWSZE służbowe. Bo ja prawie zawsze pracuję. Jedyny czas kiedy pozwalam sobie nie pisać, nie sprawdzać maile, nie zarządzać, nie dowiadywać się co słychać – to podczas moich wyjazdów medytacyjnych, które odbywam 1-2 razy w roku. Mój styl życia właśnie polega na tym, że nie muszę oddzielać grubą czerwoną kreską życia prywatnego od służbowego – obydwa są szczęśliwe – i obydwa są bardzo udane, między innymi dlatego, że nie szukam work life balance – ale BALANCE. Nie chcę być szczęśliwa tylko na wakacjach – tylko cały czas. Dlatego postanowiłam, że nie chcę czekać na to, kiedy praca się skończy i wreszcie będę mogła sobie pojechać odpocząć. Życie jest za krótkie na czekanie. Postanowiłam zorganizować sobie życie tak, żeby cały czas mojej pracy był fascynujący, inspirujący i życzliwy, zarówno dla mojego życia zawodnego jak i prywatnego.

Jak sama przyznajesz, Twoim „drugim domem” jest Ameryka Południowa. Skąd to zamiłowanie? Czy któryś tamtejszy kraj szczególnie skradł Twoje serce?

Po rosyjsku mówi się, że jeżeli wiesz za co kochasz, to nie jest to już miłość. Kocham Amerykę Łacińską, bo porusza moje serce. Inspiruje mnie do rozwinięcia skrzydeł. Kocham ich entuzjazm i pasje – i to, że nie jest to od święta lub przy ważnych rzeczach, ale na co dzień. Latynosi są tak samo podekscytowani ślubem, jak wyjazdem na weekend, czy wysłuchaniem ciekawej historii. W emocjach trudno jest udawać – kocham ich bezgraniczną ufność i radość życia. Rapa Nui, Wenezuela, Kolumbia – to są dla mnie najbardziej emocjonalne miejsca i tam często wracam.

Czy podróż marzeń jeszcze przed Tobą?

Nie mam marzeń. Marzenia są dla turystów. Dla ludzi, którzy umieją czekać. Ja nie jestem turystką – jestem obywatelką wszechświata. Jeżeli gdzieś chcę pojechać, to dzwonię do mojego agenta i kupuję bilet. I zostaję tam tak długo, aż poczuję, że chcę być gdzieś indziej.

Jesteś psychologiem i badaczem społeczno–kulturowym / międzykulturowym. Czego nauczyły Cię lub wciąż uczą podróże i poznawani w trakcie ludzie?

Możesz poznać siebie tylko wtedy, kiedy masz dobry punkt odniesienia. Ja prowadzę firmę, która zajmuje się rekomendacjami biznesowymi na podstawie badań społeczno-kulturowych. Dzięki temu, że uzyskuję więcej informacji na temat innych kultur, obcych marek, poznaję inne obyczaje, szybciej i łatwiej jest mi zrozumieć psychologię Polaków. Łącząc to z inspiracjami z innych krajów – możemy dostarczać dużo bardziej innowacyjnych i przełomowych insightów naszym klientom.

W związku z tak licznymi wyjazdami, przebywasz w różnych hotelach. Czego oczekujesz od dobrego hotelu? Co Cię najbardziej irytuje?

Prawie nigdy nie jestem zadowolona z hotelu. Wszyscy chyba oszczędzają na badaniach i robią tak, jak uważają, że jest dobrze lub kopiują od innych, powielając błędy. Dla mnie najważniejsza jest lokalizacja, a na to mam wpływ. Reszta, to zawsze jest photoshop i copywriting i ten brak prawdy mnie irytuje. Hotele mają zazwyczaj fatalną obsługę klienta – robią tylko to, co muszą, a nie to, co mogą lub powinni. Przekraczanie standardowych warunków, czy zasad wydaje się poza ich wyobraźnią. Najczęściej jestem niezadowolona właśnie z obsługi.
Pokoje są totalnie nieprzygotowane. Muszę domyślać się, jaki dokładnie jest numer na recepcję. W Australii, w 5 gwiazdkowym hotelu, guzik z numerem na recepcję nazywał się: help me! Kiedy chcę poprosić o herbatę do pokoju, to nie jest krzyk HELP ME – więc trochę zajęło mi czasu zorientowanie się, że zamówienie taksówki, dodatkowy szampan, czy zmiana pościeli to HELP ME. Podstawowe rzeczy są nieprzemyślane – wtyczki są daleko od łóżka lub jest tylko jedna, więc nie możesz podłączyć: kamery, laptopa, iPada, telefonu – NA RAZ. Zdecydowanie mam więcej do powiedzenia z czego jestem niezadowolona, niż z czego jestem zadowolona.
Dlatego do tych kilku hoteli, które kocham bardzo często wracam lub wszystkim ich polecam. To jest tak maksymalna rzadkość, że zawsze piszę im dokładną recenzję na TripAdvisor.

A czy masz swój ulubiony hotel, w którym pobyt miło wspominasz?

Jest kilka hoteli w Indiach, które mnie powaliły na kolana ze względu przede wszystkim na obsługę klienta. Mam gdzieś wizytówki, ale nie mogę sobie przypomnieć nazw. Wspaniały hotel NEMO w Indonezji, gdzie byłam już kilka razy. ANA RAPU na Rapa Nui – przede wszystkim za piękny widok i domową atmosferę. Kilka drobnych, rodzinnych hoteli w Tajlandii i Wietnamie – wszystkie one mają przede wszystkim WYBITNĄ obsługę klienta. Są nastawione na to, co dla mnie jest ważne, a nie to, co oni mają w swojej ofercie. Zawsze doceniam taki gest.

zdjęcia: archiwum prywatne Julii 

Komentarze

komentarzy