W Maroko powiadają, że to nie ty wybierasz dom, ale że to dom wybiera ciebie.
Tak właśnie się stało kiedy szukałem wyjątkowego miejsca na pierwsze dni pobytu w Marrakeszu. Fakt, że zwlekałem z rezerwacją noclegu do ostatnich dni przed wyjazdem sprawił, że kiedy upatrzyłem już sobie ten wydawać by się mogło finalny wybór okazało się, że rezerwacja została odrzucona. Rozczarowany skontaktowałem się przez komunikator Whatsapp z obsługą, aby zapytać czy aby na pewno nie mają już wolnych pokoi. Usłyszałem odmowę. Jednak mężczyzna dodał na koniec, że może polecić mi inne sprawdzone miejsce – Riad Kbour & Chou.

Taksówkarz zaparkował jakieś 50 metrów od riadu i powiedział, że dalej musimy iść pieszo ze względu na ciasne uliczki. Z włączoną nawigacją szliśmy pośród niedokończonych budynków, alarmowani głośnymi klaksonami przez zbliżające się od tyłu i przodu skutery. Minęliśmy chłopców kopiących piłkę i gromadkę rudo-białych kociąt z matką wygrzewających się w słońcu na chodniku.
Zatrzymaliśmy się, aby się upewnić że idziemy w dobrym kierunku. Ośmioletni chłopiec widząc, że chyba potrzebuję pomocy odezwał się do mnie po francusku i jedyne co zrozumiałem to „riad”. Pokazałem mu w telefonie nazwę miejsca, a ten ręką zachęcił abyśmy poszli za nim. Poprowadził nas w ciemną zabudowaną od góry uliczkę. Pomyślałem sobie, gdzie my idziemy. Na końcu tunelu zajaśniało słońce i stanęliśmy przed rzeźbionymi w drewnie drzwiami pod numerem Derb Ennajem 13. Chłopiec wystawił rękę po napiwek, co było dla mnie zrozumiałe. Gdy wyciągnąłem plik banknotów o nominale 100 drihamów marokańskich, młody wykazał się znajomością angielskiego mówiąc – hundred (100 mad = 40 zł). Rozbawiła mnie jego zaradność. Dostał 20 (8 zł).

Otworzyłem marokańskie w stylu drzwi i nagle rozbrzmiało „Il Giustino” Antonio Vivaldiego połączone ze śpiewem ptaków. Na zielonym patio gęsto wysadzonym strelicjami, palmami, fikusami i papirusami przez które przebijały się promienie słońca powitał nas gospodarz Nicolas, Belg mieszkający od wielu lat w Marrakeszu, a także dwa psy Bobby i Loebas oraz wolno dreptające po kamiennej posadzce…żółwie. Gdzieś tam na wiklinowym fotelu w kącie ziewnęła wybudzona ze snu kotka Pouspous.
Pomocnik Nicolasa Zakaria podał do stołu na dziedzińcu na powitanie tradycyjną herbatę miętową oraz słodkie wypieki z marcepanem, orzechami, figami i miodem, którymi Marokańczycy się zajadają.

Oniemiałem z zachwytu na widok miejsca pełnego uroku. Żadne luksusy, ale domowa atmosfera, kameralność oraz fantastyczny, inspirowany lokalnością styl wnętrz zdobionych artefaktami i dziełami sztuki zebranych przez gospodarza. Na pierwszy rzut oka zbiór przypadkowych elementów, nieco zużytych, ale tworzących niezwykły klimat.
Riad po arabsku znaczy ogród. W Maroko to stary dom ze specyficznym dziedzińcem w środku, osłoniętym ścianami domu ze wszystkich stron. Wewnątrz można zobaczyć właśnie ogród, wielką palmę, czy fontannę. Są ich tu setki. Riady są symbolem Marrakeszu, marokańskiej gościnności i lokalnej kultury. Okazją do relaksu, odprężenia z dala od miejskiego zgiełku i wiecznego ruchu na zewnątrz.

Każdy z siedmiu pokoi został indywidualnie zaprojektowany. Trzy pokoje znajdują się na parterze z bezpośrednim wyjściem na patio, pozostałe na piętrze.
Otrzymałem bezpłatny upgrade do apartamentu Koubba. Koubba to nazwa tradycyjnych sklepień ceglanych, arcydzieł architektury arabskiej, którymi zwieńczony jest sufit apartamentu. Do apartamentu prowadzi klatka schodowa wyłożona kolorową ceramiką, zdobiona drewnianymi kolumnami i witrażami, porośnięta kwiecistymi pnączami.

Przez prywatną loggię przechodzi się do przestronnej sypialni z ozdobnym żyrandolem. Okno w drewnianym, ażurowym wykuszu wychodzi na roślinny busz. Za drewnianą ścianą kryje się drabinka na antresolę oraz wejście do wspaniałej łazienki z prysznicem z deszczownicą, wanną z widokiem na roślinność i kosmetykami marki Les Sens de Marrakech. Podczas chłodnych zimowych nocy apartament można ogrzać zabytkowym piecem. Brak telewizora, ale bezprzewodowy Internet daje radę. Zresztą po co telewizor w takim miejscu. Rano ciekawskie trznadle saharyjskie zaglądały do środka przez uchyloną okiennicę.

Posiłki przygotowywane przez Rachidę, Fouzię i Mounę podawane są na tarasie na dachu z widokiem na wieżę Meczetu Księgarzy oraz pasmo gór Atlas.

Na śniadanie spróbowałem domowej roboty jogurtu naturalnego z pestkami granatu, świeżo wyciskanego soku ze słodkich pomarańczy, marokańskiego pieczywa khobz, koziego sera z miodem.

Kolacja składała się z wyboru sałatek (zapiekane brokuły, dynia w jogurcie, czy fasolka) oraz naturalnie hummusa i tradycyjnego pieczywa. Mięsożercy spróbują tagine z jagnięciny, kurczaka lub wołowiny w rodzynkach, migdałach, morelach, jabłkach i marchwi. Dla innych pozostają ryby i owoce morza, czy po prostu kasza kuskus z warzywami.

Riad Kbour & Chou położony jest nieco z dala od gwarnego centrum Starego Miasta – Mediny, ale goście mogą bezpłatnie skorzystać z rowerów. Uwaga na ruchliwe ulice, gdzie nie obowiązują żadne przepisy drogowe, aby nie zderzyć się z licznymi skuterami lub powozami zaprzężonymi osłami. Nicolas chętnie doradzi gdzie zrobić udane zakupy, co zwiedzić, gdzie zjeść na mieście. Na życzenie zorganizuje wycieczki poza miasto.

Riad Kbour & Chou jest niczym zielona oaza w dość swojskim sąsiedztwie.
Ja tymczasem przenoszę się już poza Medinę.

Trochę liczb:
pokój ze śniadaniem – od 140 euro
piwo Casablanca – 6 euro
kieliszek domowego wina – 5 euro
masaż w pokoju 1h – 40 euro
zestaw kolacyjny (4 dania) – 24 euro/os.

 

Szukasz podobnych wrażeń? Te obiekty również mogą Cię zainteresować…

Recenzja Olive Boutique Hotel San Juan, Portoryko

Recenzja Hotel Downtown Mexico City, Meksyk

Recenzja Witchery by the Castle Edynburg, Szkocja 

Recenzja Willa Wincent Gdynia

Komentarze

komentarzy