63346

Martyna Wojciechowska – podróżniczka, dziennikarka, redaktor naczelna “National Geographic Traveler”, autorka programu “Kobieta na krańcu świata”

Zajmuje się Pani podróżami zawodowo, które są starannie planowane i realizowane w grupie. Czy ma Pani czas na prywatne, spontaniczne wyprawy? Jeśli tak, to jakie miejsca Pani wybiera?

Nie za bardzo mam czas na spontaniczne wypady, a jeżeli dysponuję jakąś absolutnie minimalną nadwyżką czasu, spędzam go zawsze w Polsce! Wtedy wpakowanie mnie do samolotu graniczy z cudem (śmiech). Wybieram zazwyczaj Szczyrk, wsiadamy z moją córką Marysią do pociągu i jedziemy na weekend do moich przyjaciół, którzy mają drewnianą chatę w górach. To jest moje miejsce na ziemi.

Zapewne lubi Pani aktywny wypoczynek. Czy w Pani przypadku może być mowa o plażowaniu z książką?

Odkąd jestem mamą to oczywiście, że tak! Co roku w okresie wakacyjnym spędzam nad naszym polskim morzem z moją córką dwa tygodnie. I wtedy cieszę się przez chwilę miłym nicnierobieniem, plażujemy, budujemy zamki z piasku, czytamy i opalamy się. Resetuję się zupełnie i ładuję akumulatory przed kolejnymi wyzwaniami.

Jako pierwsza Polka i kobieta z Europy Środkowo-Wschodniej ukończyła Pani rajd Paryż – Dakar. Jest Pani drugą Polką, która wspięła się na wszystkie najwyższe góry siedmiu kontynentów i dokonała tego wyczynu w trudniejszej wersji Reinholda Messnera. Jakie to uczucie? Jakie kolejne wyzwanie: lot balonem dookoła świata, wyprawa do wnętrza Ziemi, poszukiwanie zaginionej Arki, lot w kosmos?

Zawsze odnoszę się do pewnego porównania, które zobaczyłam na szczycie Everestu. Wie Pan, co widać z tamtej wysokości? Inne szczyty, czyli kolejne wyzwania. Tyle jest jeszcze w życiu do zrobienia! Nie ścigam się, nie potrzebuję być pierwsza ani bić nowych rekordów. Chcę robić rzeczy ważne, które rozwijają mnie i dają coś innym. Dlatego podróżuję, poznaję te niezwykłe historie kobiet w programie „Kobieta na krańcu świata”. Interesuje mnie człowiek, nie rywalizacja.

Realizując program „Kobieta na krańcu świata”, miała Pani okazję spotkać kobiety z najodleglejszych miejsc. Czy widzi Pani jakieś podobieństwa między tamtymi kobietami a Polkami? Czy utożsamia się Pani szczególnie z którąś z bohaterek programu?

Jesteśmy bardzo podobne. Bez względu na szerokość geograficzną, na której przyszło nam żyć, mamy podobne widzenia świata, przede wszystkim jako matki. Macierzyństwo jest wspólnym mianownikiem dla prawie wszystkich kobiet, które poznałam. Gdybym sama nie była matką, o wiele trudnie byłoby mi realizować program o kobietach. Poza tym tak samo chcemy być piękne, doceniane. I zazwyczaj jest nam trudniej niż mężczyznom.

Była już Pani na wszystkich kontynentach. Ile krajów Pani zwiedziła? Czy którąś podróż wspomina Pani szczególnie? Gdzie następna wyprawa?

Przestałam liczyć, ale pewnie około 120 krajów. Każda z moich podróży jest na swój sposób wyjątkowa, bo podróżuję do ludzi, przywożę od nich historie, przez które niejednokrotnie nie mogę potem spać. Zazwyczaj na moim wyjazdach bardzo dużo się dzieje, bo dotykam ważnych tematów. Nawet, jeżeli wyjeżdżam prywatnie, bardziej skupiam się na czynniku ludzkim niż na walorach samego miejsca. Pewnie jest tak przez moją wrodzoną dociekliwość dziennikarską. Następny wyjazd to Iran, jadę tam nagrywać kolejny odcinek piątej serii programu „Kobieta na krańcu świata”.

Martyna_WOjciechowska_2_787ebeb23a

Jak Pani pakuje walizki? Co jest najważniejsze do zabrania w każdą podróż? Czy zabiera Pani swoje ulubione kosmetyki i perfumy, czy raczej niezbędne minimum?

Perfumy to ostatnia rzecz, o której myślę, bo nie lubię się perfumować. Jestem bardzo praktyczna, pakuję się z wcześniej wydrukowaną listą, odkreślam to, co już schowałam w walizce. Dzięki temu nigdy niczego nie zapominam! Zabieram to, co jest mi potrzebne na konkretny wyjazd. Zawsze jednak, bez względu na wszystko, mam przy sobie czołówkę, notes, ołówek, zatyczki do uszu i jakieś najpotrzebniejsze przybory typu scyzoryk czy składany kubek. Nie lubię mieć za dużo, zawsze staram się maksymalnie „odchudzić” bagaż.

Czy według Pani, większość Polaków to już świadomi podróżnicy, otwarci na nowe kultury i doznania, umiejętnie planujący swoje wyprawy, czy raczej turyści, ignorujący lokalne obyczaje i zaszywający się w zamkniętych resortach?

Od jakiegoś czasu jest moda wśród Polaków na jeżdzenie po świecie „z plecakiem” i chwalenie się tym w towarzystwie, co wcale nie czyni z nikogo podróżnika. Mam swoje biuro podróży Martyna Adventure i obserwuję tendencje podróżnicze Polaków. Wciąż lubimy jeździć w bardzo turystyczne i sprawdzone miejsca, np. Egipt. Uważam, że grupa ludzi podróżujących naprawdę wciąż jest jeszcze bardzo mała, w porównaniu do turystów, ale znam prawdziwych podróżników, którzy nawet na redakcji National Geographic robią wrażanie swoimi wyprawami!

Pani córka Marysia ma już pięć lat. Czy odziedziczyła po mamie energię i ciekawość świata? Gdzie pojechałyście po raz pierwszy razem i dokąd planujecie następna wspólną podróż? Czy jest jakieś szczególne miejsce, które chciałaby Pani pokazać córce?

Na razie Marysia jest jeszcze mała, więc jeździmy przede wszystkim po Polsce – nad morze i w góry, do Szczyrku. Uważam, że na dalekie wyprawy mamy jeszcze czas. Na razie najdalej byłyśmy w Hiszpanii. Jak trochę podrośnie na pewno zabiorę ją do Afryki, bo to mój ulubiony kontynent, kompletnie różny od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Chcę zabierać ją w miejsca, które pokażą jej różnorodność naszego świata i to na pewno będzie dobry początek.

Czy w czasie swoich wypraw, zdarzyło się Pani mieszkać w jakimś nietypowym hotelu? A może przydarzyło się Pani coś zabawnego w czasie pobytu?

Zwykle z ekipą telewizyjna mieszkam w najtańszych hotelach i to ma swoje dobre i złe strony. Bywa brudno, brak klimatyzacji, ale za to spotykamy tam totalnie zakręconych ludzi i ponieważ pokoje są obskurne – to skłania nas do siedzenia na zewnątrz i integrowania się (śmiech). Choć, tak na marginesie, największego karalucha w swoim życiu widziałam w luksusowym hotelu w Tokio! Najbardziej jednak lubię wyjeżdżać do miejsc gdzie nie ma hoteli w ogóle, bo turyści tam nie bywają i wtedy mieszkam w domach ludzi, o których piszę albo realizuję programy. Tak było choćby w plemieniu Mentawai w Indonezji, czy w północno-zachodnim Nepalu kiedy realizowałam film o grupie etnicznej Lama. I to było najlepsze doświadczenie! Pamiętałam je długo po powrocie, bo tak mnie oblazły wszelkie robaki, że długo musiałam leczyć ugryzienia (śmiech).

Zrzut ekranu 2013-05-28 o 18.10.11

Komentarze

komentarzy