Monika Witkowska – obieżyświat i dziennikarka, pilotka wycieczek i przewodnik wypraw trekkingowych, autorka książek i artykułów w „National Geographic Traveler”, Magazynach „Podróże”, „Voyage”, „Viva”, „Twój Styl”, a także w Gazecie Wyborczej, Rzeczpospolitej i wielu innych.

kenia
zdj.: Kenia

Do tej pory trafiłaś do ponad 150 krajów na wszystkich kontynentach świata.
W jakich krajach i jakiej kulturze najlepiej się odnajdujesz?

Moje ulubione kraje to kraje islamu. Arabskie, zwłaszcza Algieria i Oman, plus Turcja, w której zawsze się podkreśla, że to NIE jest kraj arabski. Wiem, wiele osób taki wybór dziwi, ale jeśli chodzi o podróże w pojedynkę, a takie preferuję, jest tam paradoksalnie bezpieczniej niż w wielu innych rejonach. Zresztą inni podróżnicy którzy te kraje znają od podszewki, też tak myślą. Oczywiście wyłączam kraje niestabilnie politycznie, bo nikomu aktualnie nie polecam wyjazdu np. do Syrii. To co w tych krajach takie wyjątkowe, mam na myśli miejsca na uboczu głównych szlaków turystycznych, to kontakty z miejscowymi ludźmi – zawsze spotykałam się z wielką życzliwością, gościnnością oraz bezinteresowną pomocą. Inna sprawa że ja chyba sporo wiem o islamie, lokalnej kulturze, zwyczajach i traktuję lokalesów z odpowiednim szacunkiem.
Z kolei z krajów mocno ucywilizowanych numerem jeden jest dla mnie Nowa Zelandia. Piękny kraj, ludzie z bliską mi mentalnością i mnóstwo miejsc które odpowiadają moim pasjom: żeglarstwo, góry, nurkowanie, narty etc. Nie planuję wyprowadzać się z Polski, tym bardziej że Polskę lubię i bardzo doceniam, ale jeśli bym musiała, to na pewno do „Kiwilandii”.

Czego nauczyła Cię pierwsza samodzielna podróż?

Pytanie, co uznać za samodzielną podróż? Może tą kiedy miałam 12 lat, odwołano biwak mojej drużyny, bo ja bardzo długo byłam zaangażowana harcersko, postanowiłam więc dojechać do moich rodziców, którzy pojechali na działkę, 60 km od Warszawy. To była moja pierwsza rzeczywiście samotna podróż, na dodatek autostopem. Gdyby działo się to w obecnych czasach, pewnie wylądowałabym na policyjnej izbie dziecka (śmiech). Pierwsza już daleka eskapada, też autostopowa, to powrót z Norwegii do Polski, kiedy miałam 18 lat. Byłam tam na saksach, miałam wrócić pociągiem, ale że w noc przed powrotem zostałam okradziona, przez rodaków, tracąc paszport i wszystkie zarobione pieniądze, biletu na pociąg kupić nie mogłam. Długo by opowiadać… W każdym razie wcale nie wróciłam do kraju najkrótszą drogą, bo dzięki różnym dobrym ludziom sporo jeszcze po drodze zobaczyłam, ale też doświadczyłam niezłej „szkoły przetrwania”. Właśnie ta podróż odmieniła moje życie – nauczyła mnie samodzielności i zaradności, uświadomiła mi, że zamiast się nad sobą roztkliwiać, trzeba po prostu wziąć się w garść, bo z trudnej sytuacji zawsze się znajdzie jakieś wyjście, no i wtedy też na dobre połknęłam bakcyla podróżowania.

Obecnie zarabiasz jako pilot wycieczek, przewodnik, pisząc książki i artykuły. A jak zarabiałaś na pierwsze podróże? I gdzie udałaś się za pierwsze zarobione pieniądze?

Cieszę się że udało mi się tak pokierować swoim życiem, że praca połączyła się z pasją i że robię to co lubię. Dziennikarką stałam się trochę z przypadku, właśnie dzięki podróżom, bo studiując Zarządzanie powinnam wylądować na etacie w jakimś biurze (śmiech). Ale nie jest w moim życiu tak jak wiele osób myśli – że mając taką pracę mam wieczne wakacje. Z dziennikarstwa podróżniczego trudno się utrzymać, a praca pilota to wieczny stres, rozłąka z bliskimi, dyspozycyjność dla grupy 24 godziny na dobę, no i mnóstwo pracy której nikt nie widzi, choćby w ramach przygotowania się do oprowadzania.
Najtrudniejsze w moim podróżniczym życiu były początki, bo moi rodzice nie finansowali moich pomysłów. Jako kilkunastolatka zaczynałam od zbierania malin w Polsce, wtedy jeszcze za granicę nie jeździłam. Potem, od I roku studiów w ciągu roku akademickiego były zlecenia w spółdzielni studenckiej, mycie okien itp., a w wakacje – praca za granicą. Różne rzeczy robiłam: w Norwegii – zbieranie truskawek w Norwegii, w USA – sprzątanie, w Grecji – okopywanie drzew oliwnych, w Szwajcarii – praca na farmie. Jeśli ktoś, zwłaszcza młody człowiek mówi mi że marzy o podróżach, ale nie ma za co, nie rozumiem takich wyjaśnień. Praca sezonowa zawsze się znajdzie, a teraz jest o nią dużo łatwiej niż kiedyś, bo jest Internet, młodzież zna języki, a polski paszport nie jest barierą. A co robiłam z oszczędnościami? Od zawsze przeznaczałam je na swoje pasje, czyli podróże, rejsy, góry, różne kursy, bo ważne było żeby się w tym co robię „rozwijać”, ciągle czegoś uczyć. Teraz też tak jest – pracuję żeby poznawać świat. Oczywiście zawsze coś jest kosztem czegoś. Inni mają piękne domy, dobre samochody, kino domowe itp., ja mam wrażenia i wspomnienia.

SAM_0787
zdj.: Mt. Everest

Która wyprawa była dotychczas najtrudniejsza?

Wymienię dwie. Rzeczywiście trudne, niebezpieczne i mocno stresujące, no bo różnie mogło być. Czyli: ostatnia wyprawa, zdobycie Mt Everestu oraz wyprawa z roku 2011 – rejs małym jachtem, tylko w dwie osoby z arktycznej Kanady na Czukotkę. Zrobiliśmy wtedy tę trasę jako pierwsi w świecie. Żeglarstwo morskie i góry to moje dwie główne pasje.

Jesienią znowu ruszasz w świat. Dokąd tym razem? Jakie plany na kolejne miesiące?

Na razie muszę odpuścić jeżdżenie z plecakiem na własną rękę, bo odrabiam długi związane z Everestem, tak więc do końca roku mam jedynie plany związane z pracą, czyli wyjazdy pilockie. Byłam ostatnio z grupą w Irlandii, teraz do Japonii, Indii, a także trekking na Kilimandżaro. Uwielbiam tę górę – byłam tam kilka razy, ale zawsze chętnie wracam, bo jak to w górach – człowiek patrzy na świat z zupełnie innej perspektywy, dosłownie i w przenośni. Natomiast jeśli chodzi o plany moich samodzielnych podróży, to myślę o wyjeździe do Malawi oraz Zambii gdzie planuję popracować w lokalnym sierocińcu, a poza tym szykuje mi się powrót do żeglarstwa arktycznego i wspinaczka na McKinleya – znajdującą się na Alasce najwyższą górę Ameryki Północnej.

Napisałaś już 10 książek, kilku innych jesteś współautorką. Obecnie piszesz kolejną. Która z nich zajmuje szczególne miejsce w Twojej biblioteczce? O czym będzie ta następna?

Książka którą właśnie skończyłam, a która w księgarniach będzie na jesieni (wyd. Bezdroża) to relacja z mojej ostatniej wyprawy na Everest. Nie jest to jednak książka stricte o mnie, czy o wspinaniu jako takim – jej celem jest pokazanie atmosfery tej Góry, różnych ludzi, którzy się tam wspinają, przedstawienie Szerpów jako ciekawej grupy etnicznej, wytłumaczenie jak wygląda wspinaczka wysokogórska, jednak nie w glorii bohaterstwa, tylko tak od ludzkiej strony: fizjologia, zachowania ludzkie, strach, czy niestety – śmierć itp.
A książka którą napisałam i lubię szczególnie? Chyba ostatnia, „Kurs Czukotka”, o rejsie na Czukotkę. Tylko znowu – to też nie jest książka typowo żeglarska; bardziej podróżnicza, pokazująca jak wygląda życie w mało znanej Arktyce. W sumie to trudno te moje książki porównać – każda z nich jest inna, ale w każdą bardzo angażuję się emocjonalnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
zdj.: rejs z Ilulissat do Upernavik

W czasie swoich podróży spotykasz na swojej drodze mnóstwo ludzi. Kto zrobił na Tobie największe wrażenie i czy nadal utrzymujecie kontakt?

Z tym utrzymywaniem kontaktów to u mnie trochę problem, bo poznaję mnóstwo ludzi, ale żeby nie wiem co, nie mam szansy aby potem systematycznie do nich pisać czy spędzać godziny na skypie. Nie jestem też fanką Facebook’a, którego z kolei uważam za pochłaniacz czasu, kosztem normalnych międzyludzkich relacji. Ale rzecz jasna mam sporo ciekawych, długoletnich znajomości. Np. z Dietmarem – Niemcem poznanym na Grenlandii, którą przemierzałam z namiotem, „statkostopem”, bo tam między miejscowościami nie ma dróg. Albo z Joasią, Polką mieszkającą w Tanzanii, która poznałam przypadkiem, kiedy zostałam sama na lotnisku koło Aruszy, nie mając jak dostać się po nocy do miasta. Wszyscy turyści mieli pozałatwiane transfery, tylko ja, niczym ostatnia sierota, stałam z plecakiem, nikogo nie znając i nie mając pieniędzy na drogą taksówkę. Pomogła mi miła blondynka prowadząca kantor walut, jedyna tam „biała”, akurat wracająca do domu. Po kwadransie jazdy i rozmowy po angielsku zapytała skąd jestem, więc powiedziałam, że z Polski. Na to ona – już po polsku –„Aśka jestem”. Tyle lat minęło, ale zawsze kiedy jestem w Tanzanii, z Aśką się widuję.
A co do ludzi którzy mi zaimponowali? Oj, mnóstwo. Na przykład spotkana na Tajwanie siwowłosa Amerykanka, która od pół roku była w swojej pierwszej w życiu podróży z plecakiem, a miała prawie 80 lat. Stanowiła dowód na to, że na podróże nigdy nie jest za późno i jak się chce, to wszystko można…

Na Twojej stronie przeczytałem, że Twój ulubiony sposób podróżowania to szwendanie się na własną rękę, na ogół w pojedynkę, autostopem lub lokalnymi środkami lokomocji, bez zaklepywanych z góry noclegów, bo przecież zawsze się coś znajdzie, a na wszelki wypadek masz zwykle ze sobą swój namiot. Jaką masz radę dla osób, które w ten sposób chcą podróżować?

Tu zachęcam do lektury mojej książki „Z plecakiem przez świat”, która jest zbiorem praktycznych rad, na zasadzie że lepiej uczyć się na cudzych błędach, w tym przypadku moich (śmiech), niż na swoich. W dwóch zdaniach nie da się przekazać doświadczeń z wielu lat. Jedno co mogę powiedzieć, to to, że podróże wcale nie muszą być drogie, a takie spontaniczne jeżdżenie „gdzie oczy poniosą” daje dużo frajdy, a zarazem wielu rzeczy uczy. Co do podróży w pojedynkę to wbrew pozorom nie oznacza to żadnej samotności! Kiedy jestem bez ekipy, paradoksalnie poznaję więcej ludzi, zarówno miejscowych jak i innych podróżników, a przy okazji więcej się o danym kraju czy miejscu dowiaduję.

Znana jesteś z aktywnych form podróży: żeglarstwo, wspinaczki górskie, a także z ekstremalnych sportów. Jakie zwariowane pomysły przyszły Ci do głowy? Czy spotykasz się z opiniami rodziny i znajomych, że czegoś już Ci nie wypada robić?

Cały czas mi rodzina wypomina, że w tym wieku powinnam być poważniejsza! Ale wcale się tym nie przejmuję (śmiech). Ostatnio z okazji 47 urodzin kupiłam sobie czerwone trampki.
Swoja drogą kiedy miałam 20 lat i jeździłam autostopem mówiłam sobie, że to ostatni dzwonek na takie podróże, bo wkrótce nie będzie mi wypadało. No i co roku tę granicę przesuwałam. Teraz uważam, że dopóki mnie kierowcy zabierają, mogę stopem jeździć.
A w odniesieniu do różnych sportów i form aktywności – teraz moja kondycja jest lepsza niż ta, którą miałam 20 lat temu. Biegam półmaratony, przygotowuję się do maratonu, zdobywam góry, skaczę gdzie się da na bungy, ciągle próbuję czegoś nowego i mam mnóstwo planów. Dopóki tylko zdrowie pozwoli, będę starała się żyć pełnią życia, aby potem, mieć co wspominać.

Botswana-moje (45a)
zdj.: Botswana

Jakie trzy rzeczy zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę?

Jeśli zakładamy, że jestem rozbitkiem i nie wiadomo jak długo mam na tej wyspie być, to będzie to nóż – ze względów praktycznych, bo i gałęzie na szałas można wyciąć, i rybę wypatroszyć, a w razie czego – przyda się do obrony. Druga rzecz to latarka na baterie słoneczne albo na nakręcane dynamo – to też ze względów praktycznych i ewentualnie sygnalizacyjnych. Może w nocy będzie płynął jakiś statek i spróbuję zwrócić jego uwagę. Trzecia – notes z ołówkiem, to już chyba cztery rzeczy?, do zapisywania wrażeń, a jeśli nikt mnie z tej wyspy nie zabierze – do napisania listu dla potomnych.
Co innego jeśli miałabym jechać na bezludną wyspę na tygodniowe wczasy, gdzie byłoby jakieś wyposażone lokum. Wtedy zestaw byłby inny – dobra książka, deska windsurfingowa i aparat fotograficzny.

O czym zawsze pamiętasz pakując walizki w podróż?

Żeby ich nie przeładować, bo zapłacę nadbagaż (śmiech). Ale powiem szczerze – przy mojej częstotliwości wyjazdów wykształcił mi się pewien schemat pakowania. Mam szufladę „podróżniczą” z najbardziej potrzebnymi rzeczami, a więc pakowanie może się ograniczyć do kilku minut. To istotne, bo zdarza się, że na przykład wpadam do domu rano, wracając np. z Islandii, a wieczorem mam samolot do Ugandy. Do przedmiotów, które zawsze zabieram z sobą należy pluszowy misiek w koszulce z napisem „Polska” – prezent od mego męża.

Czy w czasie swoich wypraw, zdarzyło Ci się mieszkać w jakimś nietypowym hotelu? A może przydarzyło się Ci coś zabawnego w czasie pobytu?

Tak naprawdę to kiedy jeżdżę zupełnie prywatnie, nie śpię w drogich hotelach – na ogół są to domy poznanych po drodze ludzi, albo hostele, które swoją drogą uwielbiam, ze względu na ich globtroterską atmosferę. Zdarzało mi się korzystać z, hmmm, specyficznych obiektów wynajmujących pokoje na godziny (śmiech). Hosteli w okolicy nie było, a takie lokum było akurat najtańsze – to na Filipinach, w okolicy amerykańskiej bazy wojskowej, a wiadomo, tam gdzie wojsko to i różne usługi. W Japonii zamierzałam się przespać w hotelu kapsułowym, gdzie zamiast pokoju jest rodzaj większej szuflady w ścianie przypominającej regał i można się tam wsunąć na zasadzie nieco klaustrofobicznego miejsca do spania. Niestety nie dało rady, bo meldowali wyłącznie mężczyzn. Interesującym przeżyciem była noc w hotelu lodowym w Jukkasjarvi na północy Szwecji oraz w Zamku Śnieżnym w Kemi w Finlandii – to już przy okazji wyjazdów z grupami.

Masz może swój ulubiony hotel, który zrobił na Tobie duże wrażenie i do którego chętnie wracasz?

Może nie tyle jeden konkretny ulubiony, co jako styl – uwielbiam kameralne, tradycyjne hotele austriackie. Niektórzy uważają je za kicz, ale ja taki styl retro, pełen rodzinnych pamiątek lubię, bo to takie swego rodzaju muzea, mające niezwykle ciepły „klimat”. Natomiast do rzeczywiście wyjątkowych hoteli zaliczam hotel „Ark” w kenijskim Parku Narodowym Aberdare, gdzie czasem mieszkam z grupami w ramach safari. Hotel zgodnie z nazwą przypomina statek, konkretnie Arkę Noego. Wchodzi się do niego po pomostach na wysokości koron drzew – przy okazji jest to świetne miejsce do obserwowania ptaków. Aby zobaczyć zwierzęta typu słonie, lwy czy bawoły, nie trzeba nigdzie jeździć – wystarczy usiąść w przytulnej salce gdzie od stawu z solanką oddziela nas jedynie wielkie przeszklone okno. Uwielbiam tę miejscówkę, zwłaszcza jak już wszyscy pójdą spać, a ja, siedząc w wygodnym fotelu i popijając kawę, mam dzikie zwierzaki na wyciągnięcie ręki i przy okazji ładuję energetyczne akumulatory.

Jako przewodnik grup turystycznych z Polski, obserwujesz zachowanie rodaków w różnych krajach i hotelach oraz kontaktach z miejscową ludnością. Czy Polak-turysta ewoluuje w dobrym kierunku? Czy według Ciebie podróże kształcą Polaków?

Nie chcę nikogo obrazić, ale okej, będę szczera – wolę na wycieczkach osoby starsze niż młodzież, która ma niestety bardzo roszczeniowe podejście do życia i trudno ją czymś zainteresować. Oczywiście nie wszystkich to dotyczy, bo ambitni, grzeczni młodzi ludzie też się zdarzają. Starsi może są mniej samodzielni, zwykle kwestia języków, ale jakoś bardziej umieją cieszyć się tym co oglądają, chętniej słuchają, zadają pytania, a to pilotowi daje dużo satysfakcji.
Polak za granicą to temat rzeka, tym bardziej że grupa grupie nie równa. Przy wyjazdach firmowych, tzw. integracyjnych, problemem jest nadmierne picie alkoholu, przez co różne potem zostawiamy o sobie opinie. Ale ogólnie chyba jest lepiej niż dawniej, bo mimo wszystko mamy ambicję być „światowcami”. Nawet napiwki obsłudze hoteli zaczęliśmy dawać, więc bardziej nas szanują i coraz mniej wynosimy ze szwedzkich stołów (śmiech). Chociaż… Kiedy ostatnio, w dobrym hotelu zwróciłam panom uwagę, starałam się to zrobić bardzo taktownie, że w krótkich spodenkach i podkoszulku na ramiączkach na galową kolację nie wypada iść, a przy wejściu do restauracji wisi przypominająca o tym kartka, uznali że przesadzam. Pięć minut później grzecznie, ale stanowczo kierownik sali uświadomił im, że jeśli chcą zjeść, muszą się jednak przebrać.
Oczywiście mimo różnych mankamentów, ja ogólnie lubię te nasze polskie grupy. Zresztą dlatego też zajmuję się pilotowaniem. Nie mogłabym wykonywać pracy, która nie daje mi frajdy, w którą się nie angażuję i traktuję jako zło konieczne. I cieszę się jeśli ktoś na koniec wyjazdu podchodzi i mówi, że było fajnie (uśmiech).

Monika-Jordania 2006 (9a)
zdj.: Jordania

Komentarze

komentarzy