Uśmiechnięty szofer otworzył drzwi czarnego Mercedesa klasy E, którego wypolerowany lakier połyskiwał w słońcu, i zaprosił na pokład. Wygodne fotele w jasnej, skórzanej tapicerce, schłodzona woda mineralna w skórzanym etui, marokańska muzyka, lifestylowe czasopisma, dostępne ładowarki telefonów z różnymi końcówkami, no i bezprzewodowy Internet wi-fi.
Tak rozpoczęło się moje doświadczenie pobytu w resorcie Amanjena w Marrakeszu.

Z centrum gwarnej Mediny jechaliśmy 11 kilometrów w kierunku miasta Warzazat, nazywanego wrotami pustyni, gdzie na horyzoncie rysował się łańcuch gór Atlas. Po drodze mijaliśmy pola golfowe Royal i Al Maaden oraz przydrożnych sprzedawców granatów.

Gdy przejeżdżaliśmy przez bramę i szpaler wysokich palm, zza szyby limuzyny zobaczyłem fasadę monumentalnego budynku zaprojektowanego w stylu mauretańskiego pałacu w różowym kolorze.
Na podjeździe czekała już powitalna świta.
„Witam w Amanjena” – powiedział Yasinne, zastępca kierownika recepcji, przykładając prawą dłoń do piersi. Od razu na myśl mi przyszło powitanie w resorcie One&Only Palmilla w Meksyku (recenzja TUTAJ). Portierzy zajęli się bagażami.

Przekraczając drewnianą bramę z rzeźbionymi ornamentami i mosiężnymi okuciami, mój wzrok zatrzymał się na wysokim na 10 metrów sklepieniu długiego holu oraz charakterystycznych łukach. Z oddali dochodził szum wody z marmurowych fontann wysypanych płatkami róż, przemieszany z pogłosem marokańskiej muzyki.

Na powitanie została tradycyjnie podana herbata oraz marokańskie przysmaki.
Ponieważ mój pokój nie był jeszcze gotowy, zostałem najpierw oprowadzony po resorcie, a następnie zaproszony do ogrodu wysypanego śnieżnobiałym żwirkiem, zagrabionym równo pod linijkę.

Amanjena po arabsku znaczy „spokojny raj”. I faktycznie można się tu poczuć jak w raju. Na powierzchni 5 hektarów stworzono zieloną enklawę, której centralnym punktem jest zarybiony staw zwany Bassin o równych krawędziach. Wokół niego wzniesiono kompleks budynków gęsto obsadzonych palmami i pnączami, symetrycznie rozdzielonych długimi alejami z kanałami wypełnionymi turkusową wodą. Niekończące się korytarze ze zmniejszającą się w oddali perspektywą łukowych sklepień robiły wrażenie. Całość tworzyło klimat niczym z baśni tysiąca i jednej nocy, zwłaszcza nocą kiedy ogród i aleje rozświetlały lampiony ze świecami.

Czytaj więcej…
Recenzja Riad Kbour & Chou w Marrakeszu

Resort Amanjena w Marrakeszu powstał 20 lat temu, jako pierwszy obiekt marki Aman poza Azją. Kompleks składa się z 40 nie pokoi, a willi nazywanych Pavillions i Maisons. Wille różnią się wielkością i dodatkowymi udogodnieniami. Goście wynajmujący Maisons mają do dyspozycji m.in. prywatny basen i dedykowanego kamerdynera.
Otrzymałem upgrade do willi typu Pavillion Bassin, która położona jest bezpośrednio przy centralnym stawie. Cała procedura rejestracyjna, podobnie jak w Aman Sveti Stefan (recenzja TUTAJ), odbyła się w willi.

Aby zagwarantować gościom pełną prywatność i poczucie odosobnienia – czyli idealne warunki dla mnie – wille otoczone są wysokimi parkanami.
Pawilon o powierzchni 175 mkw został wzniesiony na planie rotundy zwieńczonej podświetloną kopułą. W przestronnej sypialni połączonej z salonem, poza dużym i wygodnym łóżkiem stał szezlong. W jesienno-zimowe wieczory można napalić w kominku.
Minibarek nie był zbyt bogato wyposażony, ale zamiast typowych „małpek” z alkoholami stały duże butelki. Standardem już jest wyposażanie wszystkich pokoi w luksusowych hotelach i resortach w ekspresy do kawy.
Jedyną wadą eleganckich wnętrz są nieco już zużyte meble oraz przestarzała technologia – niewielkie telewizory, w dodatku niekomfortowo umieszczone z boku łóżka. Oczywiście w takim miejscu nikt nie ogląda telewizji, ale Netflixa już tak.

Część łazienkowa składa się z garderoby, wanny obudowanej niebiesko-zielonym marmurem, osobnym prysznicem z deszczownicą i dwiema umywalkami.
Z sypialni, przez szeroko rozsuwane drzwi tarasowe, prowadzi wyjście na zewnętrzny dziedziniec z dużymi sofami wypoczynkowymi pod baldachimem, leżakami oraz niewielkim, marmurowym oczkiem wodnym wysypanym płatkami róż.

O komfort gości dba aż 200 pracowników, pasjonatów gościnności, którzy wykazują się niezwykłą uprzejmością, ale nie służalczością, i starają się być o krok przed wszelkimi potrzebami zgłaszanymi przez gościa. Szalenie podobały mi się anglojęzyczne zwroty typu – ‘I will do it right away’, ‘You are most welcome’, ‘With pleasure’, ‘I will be more than happy to assist you’.

Dla gości, którzy nie doświadczyli pobytu na terenie Mediny, czeka atrakcja w postaci ekskluzywnej, dwugodzinnej wycieczki po Marrakeszu i jego okolicach na pokładzie stylowego motocyklu.

Na miejscu dostępne jest nieduże Aman Spa, ale nie miałem okazji z niego skorzystać. Nie wyróżniało się ono niczym szczególnym i po tylu latach funkcjonowania resortu wymagałoby pewnego odświeżenia.

Restauracja Amanjena z kuchnią marokańską, to jedna z trzech opcji kulinarnych na terenie resortu, obok restauracji Nama z kuchnią japońską i śródziemnomorską Arva.
Imponujące „pałacowe” wnętrze nawiązujące klimatem do tradycyjnych riadów, zdobione alabastrowymi kolumnami w miodowym kolorze, zwiewnymi kotarami oraz otoczoną drzewkami oliwnymi marmurową fontanną po środku dziedzińca, wysypaną płatkami róż. O wyjątkową atmosferę w czasie kolacji zadbało muzyczne trio.
Po dość obfitym lunchu w przybasenowym bistro, na kolację zamówiłem jedynie przekąski, aby popróbować różnych smaków.
Obsługa nie zawiodła. Mój stolik obsługiwały aż trzy osoby, bardzo komunikatywne i z poczuciem humoru.

Mimo, że mogłem skorzystać ze śniadania w restauracji z bardzo bogatym asortymentem jedzenia, nie mogłem sobie odmówić przyjemności zjedzenia go w nieco mniejszym zakresie, ale za to w zaciszu prywatnego ogrodu.

Przyznam, że czekałem do ostatniej chwili, aby zacząć się pakować na wyjazd. Portier pojawił się 15 minut przed planowanym odjazdem na lotnisko, bez konieczności przypominania się. Zażartował, czy na pewno chcę dzisiaj wyjechać. Wcale nie chciałem opuszczać tego miejsca. Wychodząc ostatni raz rzuciłem spojrzenie na ogród. W połowie drogi do recepcji przypomniałem sobie, że zostawiłem ładowarkę do telefonu. To był pewnie znak. Portier sam zaproponował, że po nią wróci.

W recepcji ponownie spotkałem Yasinna.
Jedyną uwagę jaką mam do obsługi, to nieprawidłowe przygotowanie rachunku, co znacznie wydłużyło formalności przy wyjeździe na lotnisko, mimo że specjalnie parę godzin wcześniej przekazałem recepcji instrukcje.
Yasinne na pożegnanie odprowadził mnie do samochodu.

Ponownie rezerwacji dokonałem przez Grand Luxury Hotels.
Poza upgradem do „pokoju” wyższej kategorii, miałem zagwarantowane także bezpłatne śniadanie, wstawkę powitalną z winem, lunch w dniu przyjazdu oraz limuzynę z/na lotnisko.

Trochę liczb:
pokój – od 2.500 zł
usługa „fast truck” na lotnisku – 220 zł
szampan Laurent Perrier z minibaru – 360 zł
zestaw marokańskich przystawek – 150 zł

Komentarze

komentarzy